Tytuł: Siedem dalekich rejsów
Autor: Leopold Tyrmand
Moja ocena: 4/5
Największy plus: echo historii odbijające się na kartach książki
Największy minus: uwagi o kobietach wypowiadane przez bohaterów zazwyczaj w zamroczeniu alkoholowym
Do sięgnięcia po książkę Tyrmanda oprócz wielu pozytywnych recenzji skłonił mnie intrygująco brzmiący, niosący obietnicę przygody tytuł (okazał się później równocześnie nazwą jednej z darłowskich knajp) oraz "Darłowo końca lat czterdziestych", zarówno ze względu na moje zainteresowania tym właśnie okresem historii Polski jak i pociąg do morza (spowodowany zapewne tym, że mieszkam na zupełnie przeciwległym krańcu Polski) Czy było warto?
Głównym motywem książki jest rozwijająca się znajomość głównych bohaterów: Ewy i Nowaka, którzy przyjechali do Darłowa, każde w innym celu i poznali się właśnie tutaj po wyjściu z pociągu. Bohaterowie realizują więc wzmiankowane cele: Ewa- magister sztuki omawia z dyrektorem muzeum oraz tamtejszym księdzem sprawy związane z konserwacją zabytków. Nowak wraz ze swym wspólnikiem planuje nielegalne wydostanie się z Polski na małym duńskim statku do przewożenia towarów. W tle rozbrzmiewa echo historii: tajemniczy tryptyk króla Eryka, zabytkowy kościół i cmentarz. Jednak nieodparty urok dawnych dziejów miesza się z "urokiem" powojennej rzeczywistości: wśród zabytków i czcigodnych mogił walają się resztki bielizny i rozbite butelki. W butelkach po wykwintnych alkoholach stoi zwykła wódka, a ludzi ogarnia lęk i zniechęcenie wobec nieuchronnej perspektywy przejęcia przez państwo ich prywatnej własności. Jednak studium relacji głównych bohaterów i targające nimi namiętności są zdecydowanie tematem dominującym. Dokąd zaprowadzi ich to uczucie? Jak daleko można się posunąć przy zaledwie kilkudniowej znajomości? Zakończenie pozostaje otwarte, nie przynosi jednoznacznej odpowiedzi.
Główni bohaterowie (zresztą drugoplanowi również) są przedstawieni w sposób bardzo wyrazisty, choć żaden z nich nie wzbudził mojej sympatii (jedynie makler okrętowy August Leter wzbudził moje współczucie) Podobała mi się też trochę Ewa. Może i była kokietką, ale moje uznanie wzbudził jej tupet, pewien rodzaj bezczelności, umiejętność ciętej riposty pomimo młodego wieku. Nowak natomiast to w mojej opinii zwykły aktor i kłamca i ukryty mizogin.
Jeśli miałabym wybrać jedno słowo podsumowujące całą książkę, byłoby to słowo zdrada. Tutaj każdy kogoś zdradza: czy to żonę, czy męża, czy narzeczonego, czy wspólnika w interesach, czy współobywatela. Nie istnieje solidarność (ani kobieca, ani męska). Kobiety zdradzają inne kobiety, mężczyźni mężczyzn. Być może "każdy mężczyzna to sojusznik w walce z mrocznym światem międzypłciowych zależności", ale jak się okazuje, nie koniecznie w walce o wolność i lepsze jutro.
Przyznaję, że podobało mi się tło powieści oraz wyważone tempo akcji; z zainteresowaniem czytałam wstawki o królu Eryku oraz inne nawiązania do historii. Podobał mi się także język książki. Czytanie "Siedmiu dalekich rejsów" zmuszało mnie (i bardzo dobrze!) do częstego otwierania Słownika wyrazów obcych PWN. Mój słownik osobisty wzbogacił się dzięki temu o nowe pojęcia takie jak np. grynszpan, abnegat, malatury, karawela, brygantyna i inne. Pomimo niewątpliwych literackich zalet dzieła Tyrmanda, raczej nie będzie to pozycja, którą będę długo pamiętać lub wspominać z sentymentem. Ot po prostu, trochę lepiej napisana literatura rozrywkowa i tyle.

Widzę, że masz również drugiego bloga! Szkoda, że i tu dawno Cię nie było. O książkach sama niekiedy coś nabazgram u siebie na blogu, ale także chętnie o nich czytam u innych. Uwielbiałam Twoją książkową podróż po krajach na drugim blogu :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!